"Sceptycyzm i racjonalność w stosunku do jasnowidzenia" – tak zatytułowano niedawno wygłoszony na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu wykład. Jest to część cyklu, mającego na celu przybliżyć studentom ekonomii tajniki z zakresu prawa, gospodarki, etc. Do przeprowadzenia wystąpień zaprasza się przedstawicieli banków, prezesów i dyrektorów firm, a czasem również znanych polityków (gościli tam m.in. Leszek Balcerowicz i Aleksander Kwaśniewski). Tym razem rolę autorytetu dla młodych adeptów ekonomii przyjął pan Krzysztof Jackowski, znany szerzej jako „jasnowidz z Człuchowa”. Nasz krajowy wróżbita co prawda przyznał, że był zaskoczony zaproszeniem w mury uczelni ekonomicznej, ale zaraz dodał, że „wykładał” już wcześniej m.in. na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego (sic!) i Politechnice Gdańskiej (sic!!!).
Studenci z pewnością mogą się wiele nauczyć od pana jasnowidza, przede wszystkim jak robić ludzi w… no, powiedzmy w trąbę. Jackowski od wielu lat żyje przecież z ludzkiej naiwności, opowiadając zgłaszającym się do niego osobom to, co chcą usłyszeć. Nagina fakty, mówi w niejasny sposób, używa całej masy wieloznacznych sformułowań, a przy tym niezależnie od tego co powie, potrafi w zgrabny sposób wmawiać co bardziej naiwnym, że nawet jak mówił o mających nastąpić wydarzeniach co innego niż się rzeczywiście stało, to i tak miał rację. A przy tym z uporem godnym lepszej sprawy jest lansowany przez kilka tych samych tytułów prasowych. Jednym słowem zachowuje się jak rasowy specjalista od analiz ekonomicznych, który potrafi z przekonaniem i naukową wyższością objaśniać maluczkim czemu jego przewidywania się nie sprawdziły.
Skoro na uczelni ekonomicznej, na prawie, czy na politechnice ma wykładać wróżbita, to należałoby pomyśleć o obsadzeniu innych stanowisk. Świat słowiańskich bajań i wierzeń daje tu duże pole do manewru. Idąc za hasłem: „Ludzie już byli! Ludzie muszą odejść! Teraz nasza kolej!” można powyciągać z błotnistych mokradeł i leśnych pustkowi naszą rodzimą klasę specjalistów. I tak np. na akademiach medycznych w rolę patologów mogłyby się wcielić strzygi, rusałki objęłyby katedry chirurgii plastycznej, mamuny i boginki zajęłyby się położnictwem, a znachorzy psychiatrią.
Idąc dalej, ten wiatr odnowy mógłby objąć również scenę polityczną – Rokita (diabeł, nie Jan Maria) wziąłby w szpony resort rolnictwa, Leszy alias Dziad Borowy Ministerstwo Środowiska, gospodarką oczywiście wróżbici i jasnowidze (pewnie nie odczulibyśmy żadnej różnicy), Skarbem zająłby się gospodarny śląski Skarbek, a prezesem Rady Ministrów zostałaby łącząca elektorat PO i PiS Złota Kaczka. Nie należy zapominać o postulatach środowisk feministycznych, które realizowałaby Pełnomocnik (czy też może Pęłnomocnica?) do Spraw Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn – Baba Jaga.
Byłoby bajecznie i ciekawie. A gdyby się nie sprawdzili? No cóż, wtedy pozostaje ogólnonarodowa ściepa na Wiedźmina.